Centra danych, bez których nie rozwijałaby się sztuczna inteligencja, stały się jednym z głównych tematów tegorocznych wyborów połówkowych w Stanach Zjednoczonych. Kandydaci obu partii dystansują się od niekontrolowanej budowy serwerowni, a część z nich popiera nawet czasowe wstrzymanie nowych inwestycji.
Lokalny sprzeciw i pieniądze branży
Szybka rozbudowa wielkich obiektów, a wraz z nią nowa infrastruktura i rosnące koszty, wywołały protesty mieszkańców w wielu stanach. Równocześnie do kampanii płyną pieniądze z sektora technologicznego. Komitet Leading the Future, wspierany m.in. przez Marca Andreessena i Grega Brockmana z OpenAI, wydał w rok 45 mln dolarów. Grupa Public First Action, związana z Anthropic i deklarująca poparcie dla zabezpieczeń w AI, mówi o zebraniu 80 mln dolarów. Obie organizacje finansują środowiska zbliżone do Demokratów i do Republikanów.
Teksas i Floryda: wszyscy chcą być „twardzi”
Teksas ma drugą w kraju liczbę planowanych centrów danych, po Wirginii. W wyścigu do Senatu demokrata James Talarico proponuje zniesienie stanowych ulg w podatku od sprzedaży, większy wpływ społeczności na decyzje i obieg zamknięty wody w nowych obiektach. Republikanin Ken Paxton chce m.in. uchylenia zwolnień podatkowych, obowiązku płacenia za zużywany prąd i zakazu używania chińskich technologii. Obaj chcą, żeby centra same pokrywały koszty swojej infrastruktury energetycznej.
W walce o fotel gubernatora Gina Hinojosa, kandydatka Demokratów, zarzuca urzędującemu Gregowi Abbottowi niekonsekwencję. Jego biuro rok temu chwaliło inwestycję Google’a wartą 40 mld dolarów, a w sierpniu ogłosiło audyt, który może opóźnić podłączanie nowych obiektów do sieci. Hinojosa, która domaga się moratorium, mówi: „Nikt nie wierzy, że podpalacz zaraz ugasi pożar”.
Na Florydzie demokrata David Jolly obiecuje roczny zakaz budowy centrów hiperskalowych już pierwszego dnia urzędowania. Republikanin Byron Donalds nie chce zakazu, ale zabiega o zaufanie wyborców projektem ustawy, która zobowiąży inwestorów do finansowania energii i wody. Według sondażu z października 45 proc. prawdopodobnych wyborców jest przeciw centrom danych w stanie, a 59 proc. sprzeciwia się im we własnej okolicy. Donalds mimo to prowadzi 48 do 41 proc.
Pensylwania, Ohio, Michigan: zwrot o 180 stopni
W Pensylwanii gubernator Josh Shapiro najpierw chwalił się 20 mld dolarów od Amazona i szybką ścieżką pozwoleń. W sierpniu zakazał jednak umów o zachowaniu poufności dla deweloperów i wyłączył projekty AI z uproszczonej procedury. Jego rywalka Stacy Garrity, wcześniej zachwalająca wiejskie tereny jako „idealne miejsca” na serwerownie, popiera dziś pauzę do trzech lat. Według sondażu Quinnipiac 64 proc. mieszkańców uważa, że centra danych AI przyniosą więcej szkody niż pożytku.
W Ohio demokrata Sherrod Brown atakuje senatora Jona Husteda za dawne poparcie dla ulg dla branży. Husted proponuje ustawę nakładającą na duże centra koszty ich zasilania, ale przepadła ona w Senacie niewielką różnicą głosów. W Michigan obaj kandydaci do Senatu popierają moratorium, choć w różnym zakresie.
Co to oznacza dla Polski
Wybory w USA nie rozstrzygną polskich spraw, ale spór dotyczy pytań, które mogą wracać także u nas: kto płaci za dodatkowe moce w sieci, ile wody i prądu zużywają takie obiekty i czy mieszkańcy mają realny głos w decyzjach. Centra danych powstają również w Polsce i Unii Europejskiej, więc podobna dyskusja o rachunkach za energię i obciążeniu sieci jest możliwa, choć nie ma na razie podstaw, by przewidywać jej skalę.
Ciekawy jest też sam kierunek zmian. Politycy, którzy jeszcze niedawno ogłaszali wielomiliardowe inwestycje, dziś mówią o ograniczeniach. Wynik tych wyborów może pokazać, czy poparcie dla centrów danych jest w amerykańskiej polityce ryzykowne.
Źródło: The Verge – „Data center backlash is uniting America”
