Bill Drysdale zakochał się w Porsche 904, gdy jako 26-latek zobaczył je na torze Silverstone. Auto z czasem zdrożało powyżej miliona funtów, więc po przejściu na emeryturę Szkot postanowił zbudować własne od podstaw. Prace zajęły mu osiem lat, a ukończony samochód ściga się do dziś.
Marzenie, na które nie było stać
Drysdale wychował się w Wigtown w Szkocji, a motoryzacja towarzyszyła mu od dziecka. Jego dziadek był szoferem, a pierwszy wyścig obejrzał z ojcem w wieku 12 lat. Z ojcem był bardzo blisko: w wieku 14 lat nauczył go jeździć, a razem słuchali w kuchni radiowej transmisji z 24-godzinnego wyścigu Le Mans. Ojciec zmarł, gdy Drysdale miał 21 lat.
Po studiach z matematyki i fizyki w Glasgow zaczął pracę w firmie produkującej hamulce. Najbardziej lubił wyścigi sprinterskie, czyli jazdę na czas i rywalizację z samym sobą. Gdy został ojcem dwójki dzieci, przestał się ścigać. Zawodowo dużo podróżował, a jako 58-latek przeszedł na emeryturę ze stanowiska międzynarodowego prezesa kanadyjskiej firmy i wrócił do Szkocji. Wtedy wpadł na pomysł, by zbudować własną wersję upragnionego Porsche.
Od kursu spawania do gotowego auta
Zaczął od sześciomiesięcznego wieczorowego kursu spawania. Plany oryginalnego modelu zdobył przez znajomych znajomych. Kształt nadwozia wykonał w garażu, najpierw z drewna, potem z gipsu. Na tej podstawie powstały formy z włókna szklarskiego, a żona Lucia pomagała mu przy przygotowaniu żywicy. Następnie przyszła kolej na drzwi, maskę, błotniki, wnętrze i deskę rozdzielczą.
Gdy nadwozie było gotowe, mógł zająć się techniką: podwozie i zawieszenie zaprojektował i wykonał sam. Kupił używany silnik i skrzynię biegów, po czym złożył całość. Nie obyło się bez kryzysów. Przez kilka miesięcy w ogóle nie wchodził do garażu, a dzieci uważały, że zwariował. Entuzjazm jednak wracał. Auto skończył w wieku 68 lat i nazwał je Porsche 904FF. Podwójne F oznacza „effing fake”, czyli mniej więcej „cholerną podróbkę”.
Wyścigi mimo siedemdziesiątki i osiemdziesiątki
Gotowe auto Drysdale wozil na treningi na torach, by ustawić prowadzenie, a potem startował w podjazdach górskich i sprintach w Szkocji, Anglii, Francji i Szwajcarii. Robił to do lutego tego roku. Jako 87-latek przeszedł udar, który pogorszył mu wzrok i uniemożliwił prowadzenie samochodu.
Nie zrezygnował jednak ze sportu. Samochód nadal startuje, a za kierownicą siadają znajomi, podczas gdy Drysdale jest zgłaszającym auto zawodnikiem (entrant). Już planuje kolejny sezon. Jego filozofia jest prosta. – Jestem wielkim zwolennikiem tego, że trzeba mieć marzenie – powiedział Drysdale.
Co to znaczy dla Polaka
Historia ma przede wszystkim wymiar inspirujący, ale ma też praktyczną stronę dla pasjonatów motoryzacji. W Polsce również działają kluby i organizatorzy imprez, w których amatorzy mogą startować w wyścigach górskich i konkursach sprinterskich. Zwykle potrzebna jest licencja lub zgoda organizatora, a samochód musi spełniać wymagania bezpieczeństwa danej imprezy.
Inaczej wygląda sprawa jazdy po drogach publicznych. Auto zbudowane samodzielnie nie trafi na nie tak po prostu. W Polsce, podobnie jak w innych krajach UE, wymaga to dopuszczenia pojazdu do ruchu, czyli badań technicznych i rejestracji. Szczegółowe zasady zależą od rodzaju konstrukcji, więc przed rozpoczęciem takiego projektu warto sprawdzić je w wydziale komunikacji lub u rzeczoznawcy. Historia Szkota pokazuje jednak, że cierpliwość i nauka nowych umiejętności mogą po latach przynieść bardzo konkretny efekt.
Źródło: The Guardian – „A new start after 60: At 26, I saw my dream Porsche. At 68, I built one from scratch”
